21 paź 2026

ZAMIAST CIERNI WYROSNĄ CYPRYSY. O UZDROWIENIU I NADZIEI: HISTORIA LUCYNY KUŚMIREK - MAGDALENA MARCHLEWSKA

Cofnę się dziś myślami niemal miesiąc wstecz, do Ogólnopolskiego spotkania rekolekcyjnego dla kobiet pod hasłem Kobieta Mężnego serca organizowanego przez wspólnotę Serce Kecharitomene. To był wyjątkowy czas, w którym razem z innymi kobietami mogłyśmy nie tylko wspólnie się modlić, słuchać konferencji i świadectw, uczestniczyć w Eucharystii czy adorować Najświętszy Sakrament, ale też po prostu być ze sobą. Rozmawiać, dzielić się tym, co nosimy w sercach, uściskać się i tak po prostu - uśmiechnąć się do siebie. To właśnie tam, pośród tych wszystkich spotkań, rozmów i duchowych przeżyć, odbyła się premiera książki Zamiast cierni wyrosną cyprysy.  I miałam to szczęście, by spotkać kobiety, dzięki którym ta niezwykła opowieść mogła ujrzeć światło dzienne. Powstała ona dzięki otwartości serca i gotowości, by podjąć się niełatwego zadania spisania historii drugiego człowieka. Dzięki autorce, Magdalenie Marchlewskiej - żonie, blogerce, podróżniczce, nauczycielce, kobiecie niezwykle wrażliwej na otaczający ją świat i drugiego człowieka, a prywatnie także mojej przyjaciółce - oraz Lucynie Kuśmirek - żonie, mamie, kobiecie służącej innym kobietom i posługującej we wspomnianej już wspólnocie, której życie stało się kanwą tej publikacji, a może raczej punktem wyjścia do spisania niezwykłego świadectwa. A to świadectwo, które pokazuje, że nawet z najtrudniejszych doświadczeń może wyrosnąć coś pięknego, a tam, gdzie niegdyś pojawiły się ciernie, może zakwitnąć nadzieja.

Chyba każdy z nas ma w swoim życiu taką historię, taki moment, w którym czuje, że znalazł się pod ścianą. Że nie ma już dobrego wyjścia, że wszystko, co mogło się nie udać, właśnie się posypało, a ciemność wokół jest tak gęsta, że trudno dostrzec choćby najmniejszy promień światła. Być może przychodzą wtedy myśli, że gorzej już być nie może, a jednocześnie tak trudno uwierzyć też, że może być lepiej. Że po tym wszystkim, co nas spotkało, jeszcze coś dobrego może nas czekać. I chyba właśnie w takich chwilach najbardziej potrzebujemy wiary i nadziei. Czasem wystarczy jeden mały promień, jedno dobre słowo, czyjaś obecność albo świadomość, że nie jesteśmy sami, by powoli ruszyć z miejsca. 

Myślę o tym, czytając historię Lucyny Kuśmirek. Ileż razy musiała mierzyć się z doświadczeniami, które mogły odebrać jej nadzieję. Ile razy mogła poczuć się osamotniona w swoim cierpieniu, niezrozumiana, zraniona. Jej życie nie było wolne od strat, rozczarowań, lęku i trudnych relacji. A jednak, mimo wszystko, szukała. Szukała ukojenia, sensu, bliskości i odpowiedzi na pytania, na które nie zawsze można znaleźć prostą odpowiedź. Towarzyszący jej od najmłodszych lat Bóg, a z czasem coraz głębsza świadomość Jego obecności, pomagały jej iść tą niełatwą, wymagającą drogą ku lepszemu zrozumieniu samej siebie, własnych ran, ale też tych, którzy ją zranili.

Książka Zamiast cierni wyrosną cyprysy jest zapisem rozmowy Magdaleny Marchlewskiej z Lucyną Kuśmirek. I już sam sposób, w jaki ta rozmowa została poprowadzona, zasługuje na uwagę. Magdalena podchodzi do swojej rozmówczyni z niezwykłą empatią i czułością, ale także z uważnością, która pozwala drugiej osobie mówić we własnym tempie. Nie pogania, nie naciska, nie próbuje za wszelką cenę wydobyć najbardziej intymnych szczegółów. Kiedy rozmowa dotyka szczególnie bolesnych doświadczeń, potrafi pozostawić przestrzeń, zapytać, czy Lucyna chce o czymś opowiedzieć, i uszanować granice, których nie należy przekraczać. Jest w tym wiele delikatności i dyskrecji. Takiej, która pozwala poczuć, że po drugiej stronie nie ma kogoś, kto jedynie zbiera kolejne fragmenty czyjejś historii, ale człowiek, który naprawdę chce zrozumieć. Myślę, że ta uważność i empatia Magdaleny mają również swoje źródło w jej własnych doświadczeniach. Znając choć część jej historii i wiedząc, że niektóre z trudności, o których opowiada Lucyna, nie są jej obce, jeszcze wyraźniej dostrzegam, jak wiele zrozumienia potrafi ofiarować drugiemu człowiekowi. 


Ta opowieść rozpoczyna się od dzieciństwa. I trudno się temu dziwić, bo przecież to właśnie wtedy kształtuje się w nas wiele przekonań na własny temat, rodzą się pierwsze lęki, uczymy się bliskości i budujemy obraz relacji, które w dorosłym życiu niejednokrotnie próbujemy odtworzyć albo za wszelką cenę przed nimi uciec. W historii Lucyny nie brakuje trudnych wspomnień związanych z rodzinnym domem. Jest choroba alkoholowa ojca i relacja z mamą, w której nie zawsze znajdowała taką bliskość i ciepło, jakich potrzebowało dziecko. Jednocześnie Lucyna potrafi dostrzec także to, co dobre. Wspomina, że kiedy była mała, mama robiła wszystko, co mogła, by niczego jej nie brakowało. I chyba właśnie ta umiejętność dostrzegania różnych odcieni przeszłości jest ważna w całej tej opowieści. Lucyna nie widzi w swoich rodzicach jedynie sumy ich błędów, a dostrzega też te momenty, które w tamtym czasie sprawiały jej radość w codzienności.

Jednym z najbardziej bolesnych doświadczeń Lucyny była utrata rodzeństwa. Książka pozwala nam przyjrzeć się temu, jak przeżywała tę stratę, z jakimi emocjami musiała się mierzyć i gdzie szukała ukojenia. Ważne miejsce w jej dziecięcym świecie zajmował Kościół, a szczególnie obecność Salezjanów. Choć rodzice posyłali ją na religię i do kościoła, sami nie uczestniczyli w życiu wspólnoty w podobny sposób, to właśnie tam Lucyna znajdowała przestrzeń, która dawała jej oparcie. Wiara stawała się czymś, czego mogła się uchwycić, nawet jeśli nie wszystkie pytania znajdowały odpowiedź, a życie wciąż stawiało przed nią kolejne trudne doświadczenia.

Później przychodzi czas dorastania, pierwszych wyobrażeń o przyszłości i prób odnalezienia swojego miejsca w świecie. Trudna relacja z ojcem odcisnęła na Lucynie tak głębokie piętno, że przez długi czas nie potrafiła wyobrazić sobie, że mogłaby pokochać jakiegokolwiek mężczyznę. Myślała nawet o życiu zakonnym. Ostatecznie wybrała inną drogę, ale wspólnota pozostała dla niej ważnym źródłem siły. Wspólna modlitwa, spotkania i wyjazdy pomagały jej odnajdywać sens, budować relacje i mierzyć się z codziennością. Nie oznaczało to jednak, że kolejne lata przyniosły jej wyłącznie spokój. Relacja z mamą nadal była trudna, a brak akceptacji z jej strony pozostawił w Lucynie kolejne zranienia. Śmierć matki, która odeszła bez sakramentów, oraz pozostawione przez nią ogromne długi stały się kolejnym bolesnym doświadczeniem, z którym bohaterka musiała się zmierzyć.

A jednak życie potrafi zaskakiwać. Na drodze Lucyny pojawiła się miłość. Założyła rodzinę z młodszym bratem swojej koleżanki, a ich wspólne życie przyniosło zarówno radość, jak i cierpienie, którego nie sposób sobie wyobrazić, dopóki samemu nie stanie się wobec podobnej straty. Choć doczekali się dwojga dzieci, wcześniej musieli pożegnać czworo swoich maleństw, które zmarły jeszcze przed narodzinami. Za tymi słowami kryje się ból, którego nie da się zmierzyć ani łatwo opisać. Strata dziecka pozostawia po sobie pustkę, a każda kolejna nadzieja może wiązać się zarówno z pragnieniem szczęścia, jak i z lękiem przed następnym cierpieniem...

W tej historii szczególnie porusza mnie to, że droga Lucyny nie sprowadza się jedynie do wyliczenia kolejnych trudnych doświadczeń. To opowieść o tym, co człowiek z nimi robi, jak próbuje sobie z nimi poradzić, jak nosi w sobie żal, jak długo potrafi trzymać się bólu i jak trudno czasem otworzyć serce na przebaczenie. Ale także o tym, że nawet po wielu latach można spojrzeć na swoją przeszłość inaczej. Lucyna, mimo trudnej relacji z ojcem, potrafiła z czasem zachować w pamięci również jego dobre oblicze. Próbowała pamiętać go jako pogodnego człowieka, trzeźwego ojca, a u kresu jego życia znalazła w sobie siłę, by mu przebaczyć i otoczyć go opieką. Nie oznacza to, że wcześniejsze rany przestały istnieć ani że to, co trudne, nagle stało się nieważne. Przebaczenie nie zmienia przeszłości. Może jednak zmienić sposób, w jaki dalej ją w sobie nosimy.

I właśnie w tym dostrzegam jedną z najważniejszych myśli tej książki. Uzdrowienie nie zawsze oznacza, że zapominamy o tym, co nas spotkało. Czasem oznacza, że przestajemy pozwalać, by przeszłość odbierała nam wolność. Że uczymy się patrzeć na siebie z większą łagodnością, a na innych - z większym zrozumieniem. Że wreszcie możemy przestać uciekać przed własną historią i odważyć się ją przyjąć.

Jest jeszcze jeden wątek, który szczególnie mnie poruszył. Już we wstępie Magdalena przywołuje słowa błogosławionej Matki Czackiej, mówiące o tym, że jedni od drugich mogą się czegoś nauczyć, byleby każdy był na swoim miejscu i był posłusznym narzędziem w rękach Boga. Te słowa stają się dla mnie kluczem do odczytania nie tylko tej książki, ale również spotkań, które mogą odmieniać nasze życie.

Lucyna, opowiadając o swojej drodze, wspomina także o terapii i o tym, jak wiele dzięki niej zrozumiała. O tym, jak ważne było spotkanie z kimś, kto nie był emocjonalnie uwikłany w jej historię, a dzięki swojej wiedzy i doświadczeniu potrafił pomóc jej spojrzeć na własne przeżycia z innej perspektywy. Z dystansem, który nie oznaczał obojętności, lecz pozwalał dostrzec to, czego trudno było jej zobaczyć samodzielnie. Szczególnie zapadły mi w pamięć jej słowa o tym, że osoba prowadząca terapię ukazuje jej, jak wyjść z bólu, pozostawiając historię na swoim miejscu, ale już ze spokojem. Jak wiele znaczą te słowa! Nie chodzi przecież o wymazanie przeszłości, zapomnienie o tym, co się wydarzyło, ani udawanie, że nic nas nie zraniło. Chodzi o to, by móc spojrzeć na własną historię bez tego ciężaru, który przez lata odbierał nam wolność. By przeszłość pozostała częścią naszego życia, ale nie determinowała już każdej myśli, emocji i kolejnej decyzji.

I pomyślałam sobie, że właśnie w tym zdaniu kryje się coś niezwykle ważnego. Historia pozostaje na swoim miejscu. Nie musimy jej zmieniać ani wypierać, by móc żyć dalej. Możemy uznać to, co się wydarzyło, zrozumieć, jak nas ukształtowało, i stopniowo odzyskiwać spokój. Lucyna sama przyznaje, że bez terapii nie dostrzegłaby pewnych rzeczy i nie byłaby dziś osobą, którą się stała. To kolejny dowód na to, jak ważne jest spotkanie z kimś, kto potrafi pomóc nam zobaczyć własne życie z innej perspektywy, a tym samym odnaleźć drogę do siebie. Widzę też, jak pięknie te słowa Matki Czackiej współbrzmią z historią opowiedzianą na kartach tej książki. Bo przecież każda z tych kobiet była w pewnym momencie na swoim miejscu. Terapeutka - korzystając ze swojej wiedzy i umiejętności, pomogła Lucynie zrozumieć siebie i poukładać to, co przez lata pozostawało bolesne i nieprzepracowane. Magdalena - dzięki swojej wrażliwości, empatii i umiejętności uważnego słuchania - stworzyła przestrzeń, w której ta historia mogła zostać opowiedziana. A Lucyna, przechodząc przez kolejne etapy własnej drogi, mogła stopniowo odnajdywać swoje miejsce, by dziś służyć innym kobietom, dzielić się swoim doświadczeniem i być dla nich wsparciem.


Książka Zamiast cierni wyrosną cyprysy przypomina, że przemiana nie dokonuje się w jednej chwili. To proces wymagający odwagi, pokory i gotowości, by pozwolić Bogu dotknąć nawet tych miejsc w naszym sercu, do których najtrudniej nam się przyznać. To również opowieść o tym, że przeszłość, choćby była najtrudniejsza, nie musi na zawsze definiować naszej przyszłości.

Myślę - jestem wręcz pewna - że to świadectwo może stać się dla wielu osób prawdziwym źródłem nadziei. Szczególnie dla tych, które dziś mierzą się z trudami codzienności, noszą w sobie niewypowiedziany ból, żal po stracie czy poczucie, że pewnych rzeczy nie da się już naprawić. Ta historia przypomina, że nigdy nie jest za późno, by zacząć coś zmieniać, spojrzeć na siebie z większą czułością i uwierzyć, że również dla nas jest jeszcze nadzieja. Że nie musimy na zawsze pozostawać w miejscu, w którym postawiły nas trudne doświadczenia. Możemy uczyć się patrzeć na własną historię z innej perspektywy, dostrzegać w niej nie tylko to, co odebrane, utracone i bolesne, ale także to, co mimo wszystko może prowadzić nas ku dobru.

To również piękna propozycja dla kogoś, komu chcielibyśmy podarować coś więcej niż tylko książkę. Może właśnie dla przyjaciółki, która przechodzi przez trudny czas, kobiety zmagającej się z własnymi zranieniami albo kogoś, kto potrzebuje dziś dobrego słowa, otulenia i przypomnienia, że nie jest sam. Czasem nie potrafimy znaleźć odpowiednich słów, by komuś pomóc, ale możemy podsunąć mu historię, w której być może odnajdzie cząstkę siebie, zrozumienie dla własnych emocji i odwagę, by zrobić kolejny krok.

Bo przecież po każdym Wielkim Piątku przychodzi Zmartwychwstanie. I choć czasem trzeba na nie długo czekać, warto wierzyć, że nawet z miejsca, w którym dziś widzimy jedynie ciernie, może jeszcze wyrosnąć coś pięknego.



ZOSTAWIAM TEŻ NA PAMIĄTKĘ KILKA ZDJĘĆ Z DNIA PREMIERY KSIĄŻKI:




SZCZEGÓŁY KSIĄŻKI:
Autor: Magdalena Marchlewska
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 234
Premiera: 26.09.2026
Wydawnictwo: Wydawnictwo SUMUS


0 komentarzy

Prześlij komentarz

Dziękuję za zostawienie komentarza na moim blogu.