Są takie książki, których sam tytuł potrafi przenieść nas w czasie. Wystarczy, że ktoś o nich wspomni, a przed oczami od razu pojawiają się obrazy z dzieciństwa, szkolnych lat, pierwszych zachwytów literaturą i tego szczególnego momentu wchodzenia w czytelniczy świat. Mam wokół siebie wiele osób, dla których właśnie takie znaczenie ma Jeżycjada pani Małgorzaty Musierowicz. Kiedy rozmawiamy o książkach z dzieciństwa, bardzo często padają tytuły z tej serii. Dla wielu osób była częścią dorastania - towarzyszyła pierwszym czytelniczym fascynacjom, pierwszym wzruszeniom, pierwszym zachwytom nad tym, że zwyczajne życie można tak pięknie opisać. Ileż ja bym dała, by móc powiedzieć to samo! Niestety, tak nie jest. Jakoś zupełnie minęłam się z tymi książkami w okresie mojego dorastania. Ba! W tamtych latach wcale nie byłam szczególnym molem książkowym, więc tym bardziej trudno mówić o Jeżycjadzie jako o serii mojego dzieciństwa. Mogłabym oczywiście poprzestać na żałowaniu, że pewne książki w dzieciństwie o okresie nastoletnim mnie ominęły, ale przecież nie możemy cofnąć czasu i nadrobić wszystkich nieprzeczytanych historii, które z utęsknieniem czekały na nas na półkach szkolnych bibliotek. Możemy za to zrobić coś znacznie lepszego - sięgnąć po nie teraz, w dorosłym już życiu. A czy jest na to lepsza pora roku niż jesień? Myślę, że to wspaniały moment, aby w końcu spełnić swoje czytelnicze marzenie i sprawdzić, co takiego jest w tych książkach, że kolejne pokolenia czytelników wracają do nich z takim sentymentem. Chcę sama odkryć ten świat, poznać bohaterów, których tak wielu z Was zna od lat, i przekonać się, czy również dla mnie Jeżyce staną się miejscem, do którego będzie chciało się wracać. Moja jesień i zima tego roku będą więc czytelniczo należały do twórczości pani Małgorzaty Musierowicz!
Małomówny i rodzina to książka niezwykle ciepła, ale jednocześnie pełna przygód. To, co w niej szczególnie zachwyca to na pewno sposób przedstawienia rodziny i tworzenie ogniska domowego, wakacyjny, beztroski czas, małe miasteczko, biblioteka, dziecięca ciekawość, tajemnica, śledztwo, niebezpieczeństwo, skarb i... oczywiście Franciszek Małomówny. Czyli kurczak, który zdecydowanie nie miał zamiaru skończyć jako rosół!
FABUŁA W PIGUŁCE
Po śmierci męża Maria Ptaszkowska przeprowadza się wraz z trójką dzieci - czternastoletnim Muniem, trzynastoletnim Tuniem i sześcioletnią Rzodkiewką - oraz swoją mamą do Śmietankowa. Małego miasteczka z jeziorem, nad którym można odpocząć, zachwycającą zielenią i ludźmi, których aż chce się poznać. Maria obejmuje tam posadę bibliotekarki (och! jak mi się to bardzo podoba, że autorka tak dużo nawiązek do książek, bibliotek i czytania!), a rodzina zamieszkuje w budynku biblioteki.
Początkowo wszystko wygląda jak początek spokojnego, letniego życia w nowym miejscu. Dzieci poznają nowych znajomych, odkrywają okolicę i szybko zaczynają przeżywać swoje pierwsze przygody. Jedną z najbardziej uroczych jest historia zabawnej Rzodkiewki, która ratuje kurczaka przeznaczonego na rosół i nadaje mu imię... Franciszek Małomówny. I chyba nie trzeba dodawać, że od tej chwili Franciszek staje się jej wiernym towarzyszem oraz jest inspiracją do tytułu książki. Szybko jednak okazuje się, że w Śmietankowie dzieje się coś znacznie bardziej tajemniczego!
Wokół biblioteki zaczynają pojawiać się podejrzane osoby zainteresowane pozostawionymi tam materiałami po poprzednim bibliotekarzu, panu Zielińskim, który zajmował się historią okolicy. Dzieci zaczynają przyglądać się sprawie i prowadzić własne śledztwo. Ich ciekawość prowadzi je coraz dalej - aż do tajemnicy związanej z przemytem i nielegalnym handlem dziełami sztuki. Wśród podejrzanych pojawiają się między innymi Czapla oraz tajemniczy "Peleryniarze". I od tego momentu niewinna dziecięca zabawa w detektywów przestaje być zabawą. Bohaterowie wpadają w poważne tarapaty, zostają uwięzieni i muszą wykazać się nie tylko odwagą, ale też sprytem. W końcu z pomocą przychodzi im sierżant Eugeniusz Musiałek. Jest to moment w książce, który naprawdę trzyma w napięciu i nie skłamię, gdy przyznam, że pochłaniałam prędko każdą kolejną stronę, by dowiedzieć się, jakie jest rozwiązanie zagadki!
A kiedy dowiadujemy się już, co tak naprawdę kryło się za całą tą historią, pozostaje jeszcze jedna tajemnica pana Zielińskiego - wskazówki prowadzące do ukrytego skarbu, który niejednej osobie spędza sen z powiek. Fantastycznie autorka wykorzystała tutaj swoją wiedzę, tworząc niebanalną zagadkę i szyfr, którego rozwiązanie pozwala odkryć miejsce ukrycia skarbu.
W tle rozwija się również bardzo ciepły wątek uczucia między Marią Ptaszkowską a doktorem Bratkiem. Możemy też obserwować, jak mieszkańcy Śmietankowa stopniowo się poznają, coraz mocniej angażują się we wspólną codzienność, a przede wszystkim - zaczynają tworzyć małą, zżytą społeczność, w której można liczyć na drugiego człowieka. To właśnie ta wzajemna życzliwość, pomoc i zwyczajne bycie obok siebie sprawiają, że Śmietankowo z każdą kolejną stroną staje się miejscem coraz bardziej bliskim czytelnikowi.
Moje serce najbardziej skradła urocza Rzodkiewka. Jest mała, uparta, rezolutna, kocha zwierzęta i ma w sobie tę dziecięcą bezpośredniość, która sprawia, że nie sposób jej nie polubić! Jej starsi bracia również są bardzo charakterystyczni. Munio jest spokojny, oczytany i niezwykle inteligentny - to właśnie on potrafi w najmniej oczekiwanym momencie rzucić cytatem z Mickiewicza czy Szekspira. Tunio jest z kolei bardziej żywiołowy i skłonny do ryzyka. Razem tworzą rodzeństwo, które świetnie sprawdza się w roli małych detektywów.
Maria Ptaszkowska, ich mama - wdowa, bibliotekarka, kobieta pogodna i silna – jest pełna ciepła, miłości i ogromnego pragnienia, by po trudnych doświadczeniach stworzyć swoim dzieciom nowy, bezpieczny dom. Naprawdę ze wzruszeniem czyta się o relacjach rodzinnych w książkach pani Musierowicz. Jest w nich coś, co sprawia, że aż chce się spojrzeć na własne życie oczami jej bohaterów i uczyć się od nich, jak żyć szczęśliwie, radośnie, z poczuciem bezpieczeństwa i bliskością drugiego człowieka. Jak już wspomniałam, kiełkujące uczucie doktora Bratka do Marii dodaje tej historii jeszcze jedną, bardzo sympatyczną warstwę. Jest w tym wątku dużo delikatności i ciepła - takiej zwyczajnej, spokojnej bliskości, która rozwija się gdzieś pomiędzy codziennymi obowiązkami, rozmowami i troską o innych.
Jest jeszcze coś, na co podczas lektury Małomównego i rodziny zwróciłam szczególną uwagę. Pomiędzy przygodami, humorem i codziennością bohaterów można odnaleźć wiele myśli, które niosą ze sobą dobro, mądrość i wartości, do których warto wracać. I chyba właśnie dlatego niektóre fragmenty aż proszą się o to, by spojrzeć na nie również przez pryzmat Słowa Bożego. Znalazłam kilka takich zdań, które pięknie korespondują z fragmentami Pisma Świętego - i postanowiłam je sobie zapisać. Może i Wy znajdziecie w nich coś dla siebie?
"Pomyślał też, że biblioteka jest może najpiękniejszym wynalazkiem ludzkości. Po książce, rzecz jasna"
"Mądrość bowiem lepsza jest niż perły, nie dorównują jej żadne klejnoty"
Prz 8,11
"Rodzina to podstawa życia narodu. Kochajmy się"
"Najgorsza przy czekaniu bezczynność. (...) Znajdź sobie dużo, naprawdę dużo ciężkiej pracy"
"- Jesteś imponująca - pochwalił ją, rozsiewając okruszki. - Umysł niemłody, ale bardzo encyklopedyczny"
"Poradzimy sobie"
Takie nawiązania lubię najbardziej - kiedy literatura, nawet jeśli nie mówi wprost o wierze, potrafi przypomnieć nam o prawdach, które znamy ze Słowa Bożego. O miłości, rodzinie, pracowitości, mądrości, nadziei i przekonaniu, że nie wszystko musimy unieść sami.
Książka Małomówny i rodzina wywołała u mnie ogromną nostalgię za tym, co było. I chociaż nie mam wspomnień związanych z Jeżycjadą z dzieciństwa, to bardziej mam na myśli ten świat, który autorka opisuje. Świat, który dziś wydaje się tak bardzo odległy, a przecież był zaledwie 50-40 lat temu. Lato spędzane w małym miasteczku. Dzieci, które wychodzą z domu i po prostu idą przed siebie w poszukiwaniu przygód. A te zaczynają się tak zwyczajnie - od ciekawości. Rodzina, która jest wspierająca, życzliwa, ciepła. Jest po prostu obok. To, co bardzo łapie mnie za serce to pasje i zainteresowania dzieci i młodzieży. W latach 70-tych jak widać były to książki, spacery, rozmowy, wspólnie spędzony czas. Tak beztrosko, wśród natury i bliskich. Ta niezwykła prostota codzienności jest wręcz oszałamiająca! W dobie mediów społecznościowych, ekranów, gier komputerowych i sztucznej inteligencji - ma się wrażenie, że czytamy o jakichś odległych krainach!
Było też sporo momentów, w których naprawdę śmiałam się w głos. Nie raz odkładałam książkę, żeby powiedzieć mężowi: "Słuchaj tego!". Szczególnie bawiły mnie dialogi, dziecięca logika Rzodkiewki i te momenty, w których Munio i Tunio z pełną powagą rzucali cytatami z literatury. A do tego ta piękna polszczyzna!
I chyba właśnie to wszystko sprawiło, że pokochałam Jeżycjadę całym sercem! Pod warstwą przygodowych historii kryją się przecież ciepłe opowieści o rodzinie, bliskości, przyjaźni i budowaniu szczęśliwej, pełnej radości codzienności. Takich książek naprawdę bardzo nam potrzeba - niezależnie od wieku!
A jeśli, tak jak ja, nie czytaliście jeszcze serii spod pióra pani Musierowicz - nie załamujcie rąk! Nigdy nie jest za późno, żeby odkryć książki, które dla innych od dawna są ukochanymi historiami. Sięgnijcie po Jeżycjadę i sprawcie, by ta jesień była wyjątkowa - pełna humoru, wzruszeń, ciepła i literackiego otulenia.
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)

0 komentarzy
Prześlij komentarz
Dziękuję za zostawienie komentarza na moim blogu.